Sam niejednokrotnie powtarzałem, że zimy nie są już takie jak dawniej…

 

Z czasów liceum pamiętam, jak w drodze na przystanek autobusowy marzły ręce, czerwone uszy szczypały jak gdyby chciały odpaść – bo przecież na złość mamie nie ubiorę czapki żeby Mi głowa zmarzła.

Logika młodego buntownika.

Śnieg pojawiał się przeważnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia i zostawał z nami do wiosny. Temperatury poniżej zera, kilkanaście stopni na minusie, nie były niczym nadzwyczajnym przez wiele kolejnych tygodni.

I rzeczywiście można było kochać taką zimę. Biała, lekko mroźna, skrzypiąca z uciechy przy każdym kroku.

Zdarzały sie też rekordowo niskie temperatury: na przykład w noc kiedy moja ówczesna dziewczyna (dzisiaj żona) miała bal studniówkowy temperatura spadła do minus 36 stopni Celcjusza – co oczywiście nie przeszkadzało pijanym licealistom przesiadywać przed wejściem do budynku na papierosku w marynarce czy nawet samej koszuli.
Przednia zabawa i zarazem świetny początek zapalenia tchawicy i płuc.
A dzisiaj? hm
Jeśli temperatura spada poniżej 10 stopni na minusie, a pokrywa śnieżna przekroczy magiczne 15 cm grubości ludzie zaczynają gadać: „Że zimno, że zima stulecia, że utknęliśmy w domu przynajmniej na kilka dni, Jakiś armagedon w ogóle”.

Oczywiście po kilku dniach narzekania wszyscy przyzwyczajają się do tej odrobiny puchu i niskich temperatur i żyją dalej jak gdyby nigdy nic.

W takim razie jaka jest magiczna formuła aby odśnieżyć szybko drogę, samochód, chodnik?

Kilka machnięć łopatą i juz jesteśmy przy samochodzie, Oczywiście zapomnieliśmy rękawiczek więc rękawem odśnieżamy newralgiczne miejsca przy drzwiach kierowcy by cały śnieg nie wsypał się nam na siedzenie, kiedy otworzymy drzwi. Dobywamy z pochwy miecza w postaci zmiotki do śniegu i po kilku minutach spod śniegu wydobywa się nasz pojazd.